Dziadoląg - Zbyszek Dobrzyński

Felietony, opowiadania, wiersze... - półka moich przyjaciół

NONSENISTA ŻAK

Spostrzyżyny - okładka

Grzegorz Żak, rocznik 1976. Już jako uczniak wyróżniał się na "Turniejach Łgarzy" organizowanych dorocznie w Bogatyni. Jego sztubackie pomysły były dwukrotnie zauważone i nagradzane przez Radę Pracowniczą kopalni "Turów". Później przyszły sukcesy spontanicznie organizowanego studenckiego kabaretu "Turlayberet". Z programami autorskimi Żaka wystąpił on kilkakrotnie. W pierwszej kolejności na najbliższych mu scenach klubów w Zgorzelcu i we Wrocławiu. Dzisiaj twórczość pana magistra turystyki, absolwenta Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, spotkać można w warszawskich czasopismach "DObry HUumor", często na ostatniej stronie "Przekroju", także w "Science fiction", gdzie zdobył III. miejsce w konkursie na opowiadanie w roku 2003, a ostatnio 10 miejsce w plebiscycie na opowiadanie science - fiction z roku 2004 ("Mane, thekel, fares"). Rozwija się ładnie. Kilka wierszy Żaka miało dobry odbiór w audycjach radiowych ogólnopolskiej Trójki PR i Radia Wrocław. Mile wspomina on współpracę ze Stanisławem Szelcem ze Studia 202. Także niedawno piosenka Żaka, śpiewana przez autora na przeglądzie satyryków OBORA'2005, znalazła się w pierwszej trójce nagrodzonych tam utworów (szczegóły na stronie: www.festival.obora.pl). Jury pod przewodnictwem Jacka Fedorowicza nie mogło się mylić w swoim werdykcie. Ale zaszczyt ten dla bezrobotnego Grzegorza jest dopiero połową sukcesu. W mailu adresowanym do swoich przyjaciół przekazał On: sprzedałem cały nakład, prawie co do sztuki! Był szczęśliwy. Jego sukces edytorski jest szczególnie znaczący w dzisiejszych nie-czytanych czasach. I jest ważnym sygnałem dla komercyjnego Wydawnictwa AD REM w Jeleniej Górze oraz dla bukinistów i antykwariuszy.

Zbiór 115 wierszy pod tytułem SPOSTRZYŻYNY[1] poprzedza wstęp autora. W króciutkim urywku prozy utalentowany ten, młody, dolnośląski satyryk wyznaje, że wierszyki w debiutanckim tomiku powstawały w znakomitej większości w pozycji leżącej na zielonej kanapie. Już w tych kilku słowach wyczuwa się wyraźnie drwiący luz zachęcający czytelnika do przekładania kartek książki. Ja zaś, rozparty w brązowym fotelu w pozycji pół/pionowej, kosztowałem dowcipy Żaka jak świeże owoce. Prawda, że znalazłem wśród nich kilka niedojrzałych jeszcze spadów (dzisiaj klika się: SPAM-ów), ale nie będę się czepiać. Wszak Grzegorz sam przyznaje, że nawet wybrane do tomiku jego utwory nie stanowią jeszcze poezji. Wypada jednak dodać, że większość uśmiechniętych liryk pisał autor dla swojej Muzy - umiłowanej Moniki. Ogłosił nam, że tylko dla niej jest poetą.

Jestem starszy od Grzegorza Żaka o całe pokolenie. W mojej przedtelewizyjnej młodości czytało się zbiorki z utworami humorystycznymi takich warszawskich autorów jak Stefania Grodzieńska, Jerzy Jurandot (jej małżonek), Janusz Minkiewicz (jej partner ze sceny), albo kpiarzy krakowskich - Ludwika J. Kerna (z "Przekroju"), konferansjera Karola Szpalskiego i jego "podopiecznego" Mariana Załuckiego. Słuchaliśmy ich i podobnych im żartownisiów w radiowych "Podwieczorkach przy mikrofonie". Czytaliśmy ich często wydawane, tanie książeczki. Było ich dużo i dostępne były we wszystkich księgarniach oraz na majowych kiermaszach. Dzisiaj rzadko który z klientów zagląda w księgarniach na półki satyry. Nie ma też na ulicach uśmiechniętych przechodniów. A nam, młodym wtedy, żyło się jakoś raźniej. Myślę, że chyba także pod wrażeniem słyszanych, czytanych i powtarzanych na mieście schlagwortów. Było kogo i co cytować. I oto pół wieku później klimat podobnych humorków odnajduję w próbach pisarstwa Grzegorza Żaka - żaka ze szkół zgorzeleckich i ze wspomnianej już wyżej poznańskiej AWF. Mieszka sobie, właściwie sam, na wsi, w Studniskach, dziesięć kilometrów od nadgranicznego Zgorzelca. Setki razy, i to nie tylko dla sportu, pokonywał on tę trasę na rowerze. W kilku utworkach znajdujemy jego kpiarski stosunek do przeżywanej mordęgi: co tu dużo mówić, kiedy jak i komu // najpiękniej wszak jest dojechać do domu! Dróżce jednośladowej poświęcił kilka udanych, dowcipnych i wzruszających opowiastek w rozdziale "Poematy po-kręcone" i dzięki temu zostanie niechybnie zapisany w katalogach jako poeta rowerowy.

Grzegorz Żak

Idee swojego literackiego klikania Grzegorz Żak ogłasza w wierszu "Manifest". Pisze w nim: Jam jest Nonsem z artystycznym dąsem i definiuje: Że co? / Że ptaszki z Marsa? / Że życie to jest farsa? // No właśnie - nonsenisty / Fach nie jest oczywisty... Skrót ten traktuję jako ukłon pokory adepta sztuki wobec Mistrza Konstantego, twórcy tkliwej dynamiki. A zaraz obok czytamy wiersz "Pora na kulturę". Padają w nim święte słowa: Natchnienie przychodzi wraz z każdym cool (chłodnym) "Turem" (wino 18%). Zakodowane hasło bliskie jest zdrowej większości ludzi twórczych, co potwierdzą wszyscy zainteresowani. Żak dowcipkuje bez przerwy. Najbardziej z bohaterów lektury szkolnej. W ten sposób przybliża nieoczytanym wartości postaci romantycznych. Oto przedszkolaka Jasia rzuciła rówieśniczka Anka, ponieważ ten nie chciał jej kupować lizaków. Cierpiało więc małe chłopię, cierpiało jak Werter z powieści J. W. Goethego, i w skutku bolesnych przeżyć postanowił on w odwecie połknąć piasek, albo nawet wypić atrament. Decyzję czynu podjął dopiero po leżakowaniu: Krzycząc - dla ciebie Aniu! - skoczył do kałuży w czyściutkim ubraniu! Czyż to nie uroczy wzór poświęcenia się z miłości do ukochanej kobiety?

Kilka stron dalej znajdujemy pyszną parodię IV. Księgi "Pana Tadeusza". Jest nią opis... wędkowania w Soplicowie: Sumsum corda szepnął hrabia pradawną włoszczyzną / Do przynęty, co na hak nadział ją oślizłą // Jankiel łowi(ł) ukleje w podbierak obszerny / Myśląc - czy to aby na pewno koszerne...". Tu widać, że wiersz nie zawsze pisany jest trzynastozgłoskowcem, ale prześmiewcy nie o rytm głosek w wersach chodzi, lecz o radość sprawianą czytelnikowi. Dla niego tworzy w swojej "Ornitologice" zabawne nazwy ptasząt jakie maluje mu wyobraźnia: bojciany, mysipaniki, strachwronki, kaczki tchórzywki, cykorki bogatki. Wśród innych tekstów znaleźć można rozsiane po książce deliberacje, na przykład życie to jest piekło z odrobiną nieba, albo mierz siły na zamiary, lecz memento mori. Najciekawsze wydają mi się zderzenia słów odnoszące się do spraw nam euro-współczesnych. Oto przyszedł Pan Wiosna do Europy. Tak, wszędzie go równo: Mister Springtime, La Printemp, Herr Fruehling. I ci panowie z Unii żądają u nas ujednoliconego porządku, na przykład ustalając odgórnie siłę wiatru w dni chmurne. Kpi sobie autor z takich nonsensów docierających teraz do Polski. Bywają tak bzdurne, że aż chciałoby się zakląć na nie, ale Żak, na ile może, oszczędza słowa obsceniczne. No, chyba że puenta satyry prosi się o nie sama! Wtedy daje popalić dosadnie, aż głowa boli! Wykrzyki takie znalazłem w "Twórczości prawdziwej" i w "Zemście natury". Natomiast drażnią wśród lepszych tekstów wczesne zabawy w poetę. Myślę, że jest to nieopanowana czkawka po obowiązkowych w szkole czytankach: wsi spokojna, wsi beztroska / sąsiad pali papieroska, albo: wszystkim się zdawało / że sąsiad kosi jeszcze / a to w uszach grzmiało. Na szczęście jest to twórczość marginalna.

Przeglądając kartki egzemplarza daje się zauważyć, że większość wersów w wierszach Grzegorza Żaka układa się w jakieś dziwne, ażurowe konstrukcje. Staram się go zrozumieć. Ich zapis wynika z potrzeby przystosowania tekstów do pogwarek z publicznością w klubach. To ona jest jego sędzią i katem, z którymi, jak się okazuje, Żak wygrywa. Otóż wiersze prezentowane na scenkach klubów studenckich przysparzają mu coraz więcej fanów. Był czas, że spora ich grupa jeździła za trupą "Turlayberetu", jak szalikowcy za swoją piłkarska drużyną. A zespół wyjeżdżał z występami do Poznania, Krakowa, Świdnicy, Wałbrzycha, najczęściej do Wrocławia. Pamiątką po tym fenomenie obyczajowym są dwa numery towarzyskiego pisemka "boso po nysie", wydane w roku 2002 dzięki pomocy Polskiego Stowarzyszenie EUROOPERA działającego w Domu Jakuba Bőhme w Zgorzelcu. Przyznam, że ja też wolę Go słuchać niż czytać. Może dlatego, że w myśleniu twórczym Grzegorz często odwołuje się do najwyższego mu autorytetu Andrzeja Waligórskiego, który umiał pisać "do słuchu". Niestety, ostrość dowcipów Żaka tępieje wśród niepotrzebnych rymków typu krach-strach-gach. To męczy czytelnika. Tylko że SPOSTRZYŻYNY nie są wydane dla jakiegoś lauru literackiego. Ich autor świadomy jest swoich słabości, choć teorię literatury zna, o czym świadczy jego "Przepis na wiersz miłosny" (s.31). Wymienia w nim i używa całego wachlarza figur stylistycznych, lecz drwi sobie z nich. W swoich rymowanych opowieściach łamie miary wierszowe, goni za rymami, zderza je ze sobą i dopiero z nich wydobywa komizm sytuacji. To charakterystyczna cecha estradowca Z pewnością maniera taka oburzy językoznawców, szczególnie purystów. Niestety. Ich nagana nie zmieni powodzenia idola wśród jego fanów. Książka Grzegorza to "beczka śmiechu", zapis quasi-improwizowanych tekstów, które artysta prezentuje na scenie. Szkoda tylko, że wiersz wierszowi nierówny. Ma w tej książce swoje miejsce nawet poezja biur. W rozdziale jej poświęconym są rymowane rytmicznie wiersze o balu i o rap-ie księgowych oraz podobne im czyste kpiny dotyczące nękających nas PITów, NIPów i VATów. Są też w zbiorku utwory science fiction, jak ten z najpiękniejszym marzeniem o Krainie Bogatych Studentów (s.122). To w nim młodzieńcy syto najedzeni rześko podśpiewywaliby sobie przy gitarach piosenki Okudżawy. Tacy gotowi by byli kopnąć dzisiejszą cywilizację w akademikach, choćby nawet każdy z nich nazywał się "Marrriot". Bo dzisiaj w ich pokojach czekają na mieszkańców tylko dżemiki na stołach. Resztę chłopcy muszą dokupować sobie sami. Za stypendium. Albo za prace ręczne, choćby te na drutach. Taka to beznadzieja.

Nagromadzenie uczuć bezradności narasta u absolwenta uczelni po obronieniu tytułu. W kilku następnych wierszach autor daje wyraz boleśnie przeżywanego stanu bezrobocia. Być może wynikający z tej sytuacji niezaspokojony głód za normalnością wyzwala u niego pasję zadziornego tworzenia. A z nim sobie radzi. Stąd kpiarskie westchnienie do "Nieba dla Bezrobotnych". Tam, dopiero w górze, można znaleźć dużo roboty i tam są nawet fundusze socjalne dla pracowników. Tylko stawki za pracę takie same jak u nas na Ziemi: sześćset pięćdziesiąt, co miesiąc. Z czego więc żyje dzisiaj poeta z rodziną? Po prostu dorabia: za pól darmo i oczywiście na czarno.

Poeta lubi Yeti. W rozdziale o nim pozwala sobie na cykl opowieści o człowieku śniegu. W pierwszym wierszu występują Yeti - Julia Kopuleti i yeti - eR. Monteki, w następnych bohaterowie innych dramatów, na przykład ona - lady Makbet, on Yeti, postać zmuszana do wysłuchiwania każdego ranka / gruchań o jadem zabiciu Banka. Dla mnie najciekawszą w tym zestawie jest nocna rozmowa dwóch yetich - pijaczków, których zdradzają żony. Jedna z niedźwiedziem, druga z "polskim alpinistą". Taka "twórczość górska" Grzegorza Żaka drukowana była w prasie branżowej "Góry i Alpinizm". Natomiast w innych kręgach odbiorców zgorzelecki Satyr zachęca czytelników do śpiewania zupełnie nowych piosenek o weteranach. Ma rację, bo przecież od zakończenia ich wojny minęły już cztery pokolenia, a oni, choć nam czas przemija, nic tylko w kółko śpiewają swoje zaduszki. Żakowi zaś mruczy cicho harmonijka: Nie zna życia, kto nie spał w ziemiance, a w niej kot już zjedzony i męskie życie: skarpety zielone. Kpiarz zauważa, że w minionym harmidrze historii zawsze byli jacyś Nasi, nie tylko ci, o których ojciec mówił Basi. Dzisiaj właściwie już nie wiadomo o kim mowa, bo wszystko się pozmieniało tak wielce, że nawet dziadkowi zupełnie trudno uwierzyć, że Niemcy są (teraz) Nasi, choć bywali Nazi. Głębsze uzasadnienie takiej postawy znajdujemy w żartobliwej piosence "La chanson de geste", w tekście której Żak odpowiada na pytanie - dlaczego zmieniają się obyczaje? Zachęcam Państwa do przeczytania tej prawdy: bo kwitnie sztuka i kultura, bo poezja się zmienia - choć prawdą też jest, że często tylko w godowych wabieniach. Szyderca nasz kpi także z obcych obyczajów. Oto przywołuje japoński kult karoshi (śmierci z przepracowania), a przenosząc go do Polski przedstawia pszczółkę - pracocholiczkę, co to przechwalała się przed znajomym szpakiem / jak dobrze sobie radzi z kwitnącym rzepakiem. Miła to kropelka słodkiego erotyzmu.

Książka Grzegorza Żaka ma też swoje użyteczne znaczenie. Można w niej znaleźć wierszyki zachęcające do towarzyskiej zabawy przy stole biesiadnym. Na przykład "Wierszyk jaki - taki" przypomina znane i zabawnie zwrotki, wśród nich: Jaka matka, taka córka / Jaki prezes, takie biurko, a wszystkie dwadzieścia dwie kończy prawda: Jaki autor - takie bzdury! Miła to samoironia, kontynuowana zresztą w następnym zestawie zwrotek: Nie ma róż bez kolców, walorów bez braków / Czereśni bez pestek, grzybów bez robaków... Prostota pomysłu ma zachęcać biesiadników do dalszych improwizacji. Wszak to zabawa, a nie dęta poezja.

Grzegorz Żak pisze nierówno. Obok dojrzałych i zdrowych owoców jego myślenia można znaleźć w tomiku spady z drzewa jego twórczości. Jednym z nich jest nieskładny traktat o nadętym tytule "Poetów wyświęcanie życiem i pożyciem". Na szczęście pozostała większość urodzaju jest bardziej dorodna i warta poświęcenie im chwili czasu. Wiem, że autor od kilku lat zbiera już nowe rzeczy do kolejnego wydawnictwa. Warto czekać na zapowiedzianą serię mądrych i komicznych limeryków, a przygotowuje też do druku serię esejów. Należy ufać, że po doświadczeniu opinii o pierwszej jego książce uporządkuje on w swoim ogródku zaniedbane grządki słów i związków wyrazowych. Będąc obieżyświatem Grzegorz często opuszcza swoje siedlisko, lecz zawsze do niego wraca, bo - jak mówi - tu jest jego miejsce w Świecie. Tu mieszka i tu mu wszystko co nasze smakuje. Tu może posługiwać się najbliższym mu językiem, a zna ich kilka. Uczy angielskiego i niemieckiego, a w podróżach potrafi porozumiewać się również hiszpańskim, rosyjskim, francuskim. Znając tak wiele wyraża swój ironiczny stosunek do zachodniego pogranicza kraju. Wyraża go w kilku balladach zamieszczonych w końcowym rozdziale "Lokalne". Na szczęście krótki jest ich zestaw, przez to i rymów częstochowskich mniej. Ale to ważne prezentacje. Autor wyśmiewa w nich zbyt głośne trąbienie o przyjaźni dwu sąsiadów żyjących po obu stronach wspólnej im Nysy Łużyckiej. Uwagę zwracają dwie drwiny: opis prywatnie obchodzonej rocznicy bitwy pod Grunwaldem (15 lipca) oraz kończący zbiór "Utworek do powieszenia w toalecie knajpy "Przy Jakubie (Bőhme) w Zgorzelcu". Egzemplarz książki, który otrzymałem od autora z serdeczną dedykacją "Szwagra" (to jego ksywka znana tylko gronu najbliższych mu przyjaciół) jest bez spisu treści i z odwróconym przy oprawianiu zeszytem stron od 121 do 145. Oba te fakty są mi irracjonalnymi dowodami przekręcania przez niego wszystkiego, co spotkał dotychczas w swoim młodzieńczym życiu. Anarchista taki. Jego postawę wobec Świata trafnie ilustruje na okładce Monika Urbańczyk. Autor SPOSTRZYŻYN sięga zaszczytu błazna królewskiego Stańczyka, jakim chciałby być dla współczesnych mu Polaków. Pierwsza książka prześmiewcy zwiastuje możliwość jego dalszego rozwoju. I choć dziełku brakuje szlifu mistrza, to warto poczekać aż Grzegorz Żak ze Studnisk przekształci się w jednego z nich. Wierzę w rozwój jego twórczości.

Zbyszek Dobrzyński

[1]Grzegorz Żak, SPOSTRZYNY, str. 168; Wyd. "AD REM", Jelenia Góra, 2005 powrót

 

[«wstecz | góra | dalej»]

STRONA GŁÓWNA | JESTEM SOBĄ | FELIETONY, OPOWIADANIA, WIERSZE... | KSIĄŻKI | Z OSTATNIEJ CHWILI | KONTAKT | WEBMASTER | KATALOG

LINKI SPONSOROWANE
Baumann Polska | baumann | restauracje włoskie Warszawa | wynajem busów Wrocław | fiat bravo

akimultimedia.com.pl | kody gta 4 | nocleg Zakopane | strony www mielec | wczasy dźwirzyno